Rozdział II

czwartek, 18.sierpnia.2011, 09:29

Oto i druga część opowiadania, które jest dla mnie wyjątkowo ważne. Dlatego też mam nadzieje, że wam - czytelnikom, również ono przypadniedo gustu. Miłego czytania.




Godzinę później wśród ogłuszającego hałasu i  kłębów dymu, przez który nic nie można było zobaczyć rozwijała się impreza. Ludzie w wieku lat dwudziestu i szesnastu bujali się w rytm muzyki popijając drinki lub piwa. Z tym małym szczegółem, że jedynymi szesnastkami byli Bohema, Mefisto i Blat. Zabawa rozkręciła się dość szybko po tym jak brat blondynki, przyprowadził swoich znajomych , którzy z okazji gry w play stadion palili marihuanę pochłaniali hektolitry alkoholu. Większość świateł w pokoju była zgaszona, a odgłosów konsoli  nie można było dosłyszeć nawet stojąc przy głośnikach telewizora  z powodu muzyki puszczanej na cały regulator. W takich warunkach również rozmowy były niemal niemożliwe, więc z każdą chwilą ludzie przysuwali się do siebie coraz bliżej i bliżej.

Wśród ogólnego zgiełku Bohema nie mogła się zdecydować na czym się skupić. Czy na uniknięciu pijackiego stanu, w którym przeważnie bełkocze i przytula się do wszystkiego co chociaż w jednym procę cie jest seksowne – niezależnie od płci, czy obmyślać kłamstwo, którym nakarmi Blat i chyłkiem ucieknie do domu, czy kibicować, któremuś z graczy w potyczce w Tekken. Niezależnie jak bardzo kuszące były wszystkie trzy propozycje, brunetka podniosła się i udała do kuchni niespecjalnie wiedząc po co. Zdradzę wam sekret, że na imprezach przeważnie nie wiemy po co coś robimy, ale mamy nadzieje, że przyniesie nam dobry ubaw. Bohema próbowała przedostać się z jednego końca kanapy na drugi w zgrabny sposób i nie  runąć jak długa na podłogę. Jakoś nie miała ochoty stać się pośmiewiskiem przed tyloma chłopakami. Nie żeby, którykolwiek się jej podobał. Co to, to nie.
-Nie ma co. Gdybym nie była pewna, że jesteś zarejestrowana jako homo sapiens, stwierdziłabym, że bardziej przypominasz sukę w rui, co nie?  – Queen. Osoba ze wszech miar modna, szczupła, żeby nie powiedzieć chuda i złośliwa. Bohema zawsze uważała, że jest z tą dziewczyną coś nie tak. Kiedy spotykamy na swojej życiowej drodze kogoś obcego początkowo nie mamy do niego zaufania, pochodzimy do niego z rezerwą. Przebywając z Queen miało się takie odczucia, nawet po pięciu latach znajomości. Może wiązało się to z jej ciągłymi zmianami, a może Queen taka już była, a może odpychał ją bezmiar głupoty jaki sobą reprezentowała? W każdym razie Bohema nie lubiła i nie potrafiła jej zaufać.

Brunetka oparła się o framugę drzwi i przypatrywałam się dziewczynie spod grzywki, którą nastroszyła wpijając  w nią swoje palce.

-Wolałabym być marcującym kotem, ale i to i tak pewnie Cię nie obchodzi, co? A w ogóle co ty tu robisz, do cholery. 

-Blat mnie zaprosiła, co nie. Chyba nie masz nic naprzeciwko? -Queen uśmiechnęła się radośnie, pokazując swoją wybieloną szczękę. Mimo pozornej radości, niewiele w tym uśmiechu było autentyczności, a każdy wybielony ząb ociekał złośliwością.

Oczywiście, że Bohema miała „coś naprzeciw” jej obecności tutaj. I to coś z każdą chwilą, w której musiała patrzeć na tą farbowana blondynkę rosło i rosło przemieniając się w ogromny problem. Dla Queen nie istniało pojęcie artyzmu, chyba, że akurat o jakimś artyście reprezentującym pop-kulture pisały brukowce. Cała jej wiedza o muzyce i sztuce brała się z magazynów dla nastolatek i Internetu. Nie specjalnie interesowało ją kim jest Monet, czy Balzac. Tak więc gardziła Bohemą, która potrafiła siedzieć tak długo na plaży i rysować, aż z zimna dłoń zaczynała jej się trząść, a całe ciało kuliło się z zimna. Albo nie potrafiła zrozumieć dlaczego marnuje pieniądze na odwiedziny w muzeach, w których widzą obrazy ludzi, którzy nie goszczą już na tym świecie. Różnice poglądów w tym przypadku nie sprzyjały dobrym relacjom. Mimo, że Bohema potrafiła w wielu przypadkach po prostu zignorować Queen, to czasem po prostu brakowało jej sił i miała się ochotę na nią po prostu rzucić i wydłubać jej oczy.

Tak, bez wątpienia było wiele rzeczy, które odpychały blondynkę od Bohemy.

- To śmieszne, nie uważasz? – Bohema na to pytanie uniosła z zaciekawieniem brew. Nie chciała mówić wprost, że nic a nic nie obchodzą jej słowa Queen, ale z uprzejmości pozwoliła blondynce upokarzać się bardziej. – Ty ciągle coś przeżywasz. Martwisz się wszystkim na zapas i wcale nie stajesz się przez to atrakcyjniejsza dla ludzi, co nie.

-A kto Ci powiedział, że ja w ogóle chce być dla kogokolwiek atrakcyjna? Może wcale nie obchodzi mnie ten Twój zakichany konkurs popularności? W ogóle dochodzi do ciebie fakt, że związki na czas to nie jest dyscyplina sportu?

W Bohemie aż buzowało. Nienawidziła takich ludzi jak ona. Płytkich i pozbawionych jakiejkolwiek wyobraźni. Gdyby miała w sobie choć trochę z porywczości Blat z pewnością wbiłaby teraz widelec w dłoń blondynki, ale niestety – ćwiczone przez długie lata opanowanie trzymało na więzi emocje.

-A skąd ty masz o tym wiedzieć? Nikt się tobą nie interesuje. – Na ustach Qeen cały czas tkwił złośliwy uśmiech, który bardziej szpecił jej twarz niż dodawał jej filmowego dramatyzmu. – Och, przepraszam, zapomniałam o tych kilku desperatach, który pewnie interesują się Tobą wyłącznie z litości. Co nie.

Mogła znieść wszystko. Jej złośliwy ton, wredne uwagi, uszczypliwości, a nawet poniewieranie jej zainteresowań, ale nie mogła wytrzymać gdy ktoś jawnie z niej szydził. Queen, czerpała niemal sadystyczną satysfakcję z pomiatania nią, a to pozbawiało ją godności, a tego z całą pewnością nie mogła znieść. Siłą powstrzymała się by nie chwycić pierwszej lepszej rzeczy z brzegu i nie rozbić jej na pustej głowie blondynki.

Nie oglądając się za siebie i nie zważając na to, że z nikim się nie pożegnała i z pewnością zostanie to odebrane za potworną nieuprzejmość wyszła z mieszkania trzaskając dobitnie drzwiami. Widocznie sprawdza się ludowa mądrość. „Z kim przystajesz, takim się stajesz. ”

***

To nie takie proste: Być sobą. Jedno zdanie. Niby proste, co? A okazuje się, że kryje się za nim tak wiele komplikacji. Chociaż… dla niektórych rzeczy się dzieją i nie ma to na nich wpływu - są sobą po mimo wszystko i przede wszystkim. Jednak, aby nie utopić się w tym pseudofilozoficznym bełkocie, skupmy się na tym, że bycie sobą nie jest łatwe. Trzeba bronić swoich przekonań, trzeba uparcie trwać przy swoich celach, bo przecież osobie zdecydowanej nie zdarzają się pomyłki i osoba, która wie czego chce od życia nie będzie od tak sobie zmieniać zdania, prawda? Jakby nie patrzeć „bycie sobą” nie jest dla mięczaków. A dla osób, które dorastają  i swoje wyobrażenie o tym jak powinien wyglądać świat często konfrontuje się z tym wielkim, twardym murem jakim jest rzeczywistość. I nie ważne jak według naszego wyobrażenia należało by postępować by być sobą. Świat i tak odbierze to opacznie.

Bohema nie należała do osób stadnych. Raczej wolała myśleć w samotności niż tłumaczyć się swojej przyjaciółce, czy komukolwiek,  ze swoich problemów. To pewnie tłumaczy dlaczego nie zadzwoniła do Blat czy do Mefista po wymianie zdań z Queen.  W jakiś zawiły i pokręcony sposób wyjaśnia to dlaczego Bohema dotarła do portu, w którym stacjonowały jachty. Z pewnością również może nam to wyklarować, dlaczego siedziała tam zwinięta w pozycji embrionalnej już z dobrą godzinę.

Powietrze nie było specjalnie zimne, czy ciężkie. Ot, lekka letnia noc, kiedy to gwiazdy jasno świecą , a zza falochronu słychać odgłosy rozpoczynającej się imprezy w jednym ze sponsorowanych przez koncerny piwowarskie namiotów, w których DJ ma darmowe piwo, patrzy przez całą noc na półnagie tancerki na tańczące na barze i jeszcze zbiera numery telefonów najlepszych dziewczyn w mieście. Jawna niesprawiedliwość nie prawda?

Jednakże na potrzeby opowiadania powróćmy do tego, co widziała Bohema.
Portowe mewy już dawno spały, co bez wątpienia było zaletą przychodzenia do portu nocą. Brakowało również, na całe szczęście, turystów szwędających się po całym porcie i rzucających nielicznym, aczkolwiek głodnie wyglądającym, kaczkom jedzenie. Wszyscy ci turyści, albo już spali na niebotycznie drogich łóżkach w hotelach i pensjonatach, albo świetnie się bawili w jednym z wielu barów i dyskotek, które i tak koniec końców należały do jednego faceta. A port… Port nadal był portem, niezależnie jak bardzo się go wymiotło, jak głęboko schowało rozpadające się, zardzewiałe kurty on nadal śmierdział i każdy miejscowy na pierwszy rzut oka widział, że te dumne warstwy farby są tylko maską dla wielu maszyn, która ma ukryć ich prawdziwe, zmęczone wieloletnią służbą na słonych wodach morza bałtyckiego, zardzewiałe oblicze. Dla Bohemy jednak nie było bardziej uspokajającego widoku jak światła statków odbijające się w wodzie i zniekształcane przez jej ruch. W wodzie światło wydaje się być żywe i zabawne. Nic nie jest w stanie zatrzymać jego ruchu. Tak, port był portem, niezależnie jak daleko się zabrnęło zawsze można było do niego wrócić.
Było  to miejsce dla niej magiczne. Kiedy znajdowała się w impasie życiowym, a myśli toczyły zażartą walkę między sobą było to dla niej idealne miejsce. Dziewczyna siadała pod falochronem plecami do wiatru mając nadzieje, że uda jej się nabrać go trochę w żagle swojego życia. Przed nią roztaczało się morze możliwości, a za nią była tylko i wyłączenie przeszłość. Tak też i było teraz. Z jednej strony miała możliwość wściekania się na słowa Queen i duszenie w sobie emocji, a z drugiej zaś strony zemstę. Słodką, wspaniałą zemstę, która jak wszyscy wiedzą najlepiej smakuje na zimno.
Trzeba ci wiedzieć drogi czytelniku, że Bohema nie należała do osób, które działają lekkomyślnie. Starała się postępować i myśleć logicznie. Przynajmniej wtedy, gdy była trzeźwa. Wszystko co robiła było częścią większego planu i niewiele z jej życiowych działań było rządzonych emocjami. Kolejną, zupełnie nie ukrywaną przez brunetkę cechą charakteru była pewna zadziorności i konkretna złośliwość. Stąd też nikogo z pewnością nie zaskoczy fakt, że w jej głowie układał się wspaniały plan odpłacenia się Queen pięknym za nadobne.

***

Raz, dwa, trzy. Razdwatrzycztrey. Nawet nie zauważyła kiedy się rozpadało. Nazbyt pogrążona w swoich myślach nie zwróciła uwagi na zmianę pogody, ominął ja również niemiłosierny upływ czasu. Wszystko wydawało się takie nie istotne, gdy pogrążona w swoich myślach sunęła w kierunku domu. Z zaciągniętego na pochyloną głowę kaptura ciekła woda. Może nie czysta, górska woda, ale tutaj nawet deszcz miał specyficzny smak – mieszanina słonej wody z tym unikalnym zapachem słońca, który można odnaleźć tylko nad morzem. Niektórzy ludzie twierdzili, że to leczniczy jod zawarty w powietrzu, ale ja wole wierzyć, że to kumulacja letnich miłości, szalonej młodości i tej ogromnej dozy nieodpowiedzialności  jaką niosły ze sobą wakacyjne zabawy. Chociaż w czymś zgadzamy się z Bohemą.

Jej stopy, poruszając się po nierównych chodnikach i co rusz omijając zgrabnie co większy ubytek i uskok w betonowych płytach zaprowadziły ją w końcu przed blok budowany za czasów komunistycznych. Dokładnie to za czasów komunistycznych był to hotel, ale kto by się takimi drobiazgami przejmował. Z cichym westchnieniem, które zamarło na jej ustach poczęła się wspinać po schodach. Wolała nie zapalać światła, cieszyła się, że światło nie wpada przez jak zawsze brudne okna i oszczędza sobie widoku zaśmieconej klatki schodowej i śladów krwi na starym parkiecie i obdrapanych ścianach. Czuła ulgę, że nie krzyczą do niej popisane na ścianach wulgaryzmy, groźby a i nie rzadko płomienne wyznania miłości, niekoniecznie wykaligrafowane poprawnym językiem.

Jeszcze tylko pięć stopni… Dwa. Teraz tylko cicho przekręcić klucz w zamku i może uda mi się przemknąć niezauważenie do domu. Uda mi się. Teraz cichutko… Yes!

Bohema osunęła się po wewnętrznej stronie drzwi swojego mieszkania i przygarnęła do siebie kota, który wdzięczył się do niej po całodziennej rozłące. Najciszej jak potrafiła pozbyła się butów i modląc się o to, żeby jej matka nie wychyliła się z pokoju obok pognała do swojego królestwa.

W jej pokoju przywitał ją miły półmrok, odwrócona do ściany lampka oświetlała łagodnie pokój, nie rażąc jej delikatnych oczu. Subtelne cienie rzucane na ścianę były dokładnym odwzorowaniem zawartości pokoju. W lustrze odbijały się zawieszone jedno pod drugim zdjęcia w skromnych czarnych ramkach zaś na ścianę rzucały cień sztalugi rozstawione pod oknem – jak gdyby tylko czekały na to, aż ktoś zacznie malować na nich księżyc, przenosząc się na wybrzeże Italii, gdzie księżyc ma swojego brata bliźniaka odbitego w jeziorach i zatokach. Na półkach, zwinięte w rulony leżały węglowe szkice, które można było zauważyć z daleka, dzięki śladom czarnych palców zostawionych gdzie bądź. Obok szkiców na półce leżał aparat cyfrowy, czekający z pewnością na lepsze dni swojej właścicielki. Ale jakich obrazów już on nie uwieczniał – wschody i zachody słońca, bogato zakrapiane alkoholem, gwiazdy an niebie i wizytę najwspanialszego prezydenta kraju, który tego samego roku zmarł w katastrofie lotniczej. Mimo, że był obiektem nieożywionym, miał co wspominać.

Dziewczyna po raz kolejny tego dnia ciężko westchnęła i  uprzednio zgoniwszy kota z krzesła zasiadła przed komputerem by muzyka uciszyła jej rozszalałe myśli i wątpliwości. Po uruchomieniu komputera usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości z komunikatora społecznościowego.

„Kochanie, nic się nie stało? –Mama”


Nie ma z czego się śmiać. Mama właśnie taka była. Na siłę nowoczesna i tak strasznie zatroskana o swoją córkę, że bała się wejść do jej pokoju i jasno i zdecydowanie pokazać jej, że nie jest zadowolona z jej wiecznych eskapad kończących się późno w noc. Jak to się nazywa? Ach… tak. Bezstresowe wychowanie. Żałosne. Ale nie było na co narzekać, na przejawy troski można było wzruszyć ramionami, a  zabawa dalej trwała. Jak nieustannie wirująca karuzela. Tylko nawet najlepsza zabawa może się w końcu człowiekowi znudzić.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział I

piątek, 10.czerwca.2011, 21:44

Ci którzy mówią, że umiera się raz są paskudnymi kłamcami i nigdy nie żyli naprawdę. Bo prawdziwe życie polega na tym, że umiera się niezliczoną ilość razy. Pozwalamy sobie zginąć, ale tylko po to by znów się narodzić. Bo w rodzeniu się na nowa tkwi cały szkopuł możemy się doskonalić, możemy się zmieniać, możemy naprawić swoje błędy. Śmierć nie przynosi wyzwolenia. Śmierć przynosi strach, ponieważ okazuje się, że nie wszystkie nasze działania prowadzą do szczęścia. Rozpocząć nowe życie. To wytarty frazes. Jest przetarty w tylu miejscach jak te moje stare jeansy. Człowiek nie ma prawa od tak sobie zmienić swojego życia. Coś musi się wydarzyć. Ktoś musi się w naszym życiu pojawić. Albo inaczej mówiąc musimy zejść na dno by przekonać się, że jedyna droga prowadzi w górę.


Ileż stworzeń na tej planecie już umierało i rodziło się na nowo? Trudno zliczyć. Ale wiecie, jest sobie takie miasto. Wcale nie duże i niespecjalnie ładne. Jeśli chodzi o zabytki to posiada kilka odcinków zabytkowego bruku na wciąż użytkowanych drogach. No i może niektóre łodzie stacjonujące w porcie Unia Europejska uznała by już za zabytki kultury, ale właściciele rzeczonych łódek gdzieś mają zdanie specjalistów z Unii. Miasto, a może należałoby powiedzieć „miasteczko” położone jest nad wodą. W okolicy posiada kilka lasów i dość chętnie uczęszczane przez turystów z całego kraju cluby nocne. Raczej nie przyjeżdżali tam odpoczywać i nadawać swojej skórze brązowych odcienie. Owi turyście przyjeżdżali do owego miasta by się dobrze napić, wdać w jedną i dwie bójki i znaleźć długonogą, wielkobiustą przygodę na jedną noc. Fakt, że z roku na rok liczba turystów przyjeżdżających tam się nie zmniejszała świadczy o tym, że okolica nie skąpiła w cycatych kobietach i tanich alkoholach.


Ale wiecie co? W tym mieście żyli ludzie. Na przykład taka Bohema, która siedziała właśnie w jasno i przyjemnie urządzonej kuchni swojej najlepszej przyjaciółki. A ściślej mówiąc -  jej rodziców. Zawsze pełna lodówka, przyjemne towarzystwo i inne pozytywy sprawiały, że Bohema z chęcią przebywała w domu blondynki, która siedziała przed nią niedbale opierając się na łokciu.


-Lubię tu być. – Bohema starała się uważnie dobierać słowa. Jakoby w obawie przed atakiem przymrużyła oczy. – Jest… dość przyjemnie.


-Dziwny masz sposób na okazywanie wdzięczność za ciepły posiłek, kawę i deser. I o ile się nie byle zostaniesz tu również na kolacji, co? – Bohema skwapliwie pokiwała głową w potwierdzeniu szczerząc przy tym swoje wszystkie zęby. Zęby z kolei dość ładne, no poza tymi dolnymi jedynkami. – Jesteś niemożliwa, wiesz? I jeszcze cedzisz te słowa jakby cię miały otruć.


-Oj, Blatku, Blatku. Nie cedzę ich, tylko się ich boję. Jeszcze się przywiążę do tego miejsca i co wtedy? Będziesz musiała zmywać kubki po mojej kawie codziennie.


-Jakbym już tego nie robiła. Nie żartuj sobie. Obie… -Szybkie spojrzenie skierowane na chłopaka, który siedział naprzeciwko blondynki świadczyło o tym, że znowu nie udało jej przekonać swoich myśli do bycia składnymi. - To znaczy wszyscy troje wiemy, że jak najmniej czasu chcesz spędzać w domu.


-Ta… I nie ma co się nad tym nadto rozwodzić. Jest jak jest i nic tego nie zmieni. – Bohema ucięła rozmowę i zajęła się wcześniej wspomnianym kubkiem z kawą, który swoim wyglądem przypominał małe dziecko błagające o atencje. A przynajmniej tak to sobie wyobrażała. Dziewczyna zdziwiła się, skąd u niej tyle czułości dla pseudo- glinianego naczynia. – A w ogóle to kiedy Twoi rodzice zamierzają wrócić?


Zwykłe pytanie zadane kontrolnie. Zła forma, może niewłaściwa intonacja. Skórcz na twarzy blondynki i świadomość błędu, która dopadła Bohemę jak kleszcz w lesie goły tyłek.


-Uuu… To pojechałaś.  – Mefisto. Chłopak niespecjalnie wysoki, uroczy, ale chyba tylko poprzez swoje błękitne oczy, które  kolorem przypominały niebo w środku lata. Odcień ten najprawdopodobniej nie był przypadkowy. Mefisto urodził się latem i to właśnie na tą porę roku ukochał sobie nad wszystkie inne. Wysiłki jesienne, zimowe i wiosenne skupiały się na tym by dotrwać i przygotować się do sezonu letniego.  – Teraz Ci pociśnie. – To dodał już odrobinę ciszej tak by dwie kobiety mierzące się wzrokiem go nie dosłyszały.


-Ty nie uważasz, że przeginasz? Naciągasz granice! Ja o Twojej puszczalskiej matce nie wypowiadam się przy każdej okazji!


-Co ty się wkurwiasz?! To nie twoja, a tym bardziej nie moja, że twój ojciec wypierdolił do Anglii i się tam obija. „Ależ mi przykro drogie dzieci, że mam was cały rok w dupie. B. łap skarpetki, wszystkiego najlepszego z okazji gwiazdki.” – Brunetka bawiła się wisiorkiem na szyi nerwowo przesuwając go z jednego końca łańcuszka na drugi. Wzrok miała skupiony na Blacie i wyczekiwała na jej reakcje.


-To nie twój zasrany interes, to co się dzieje w moim domu. Nie wpierdalaj się w nie swoje sprawy. – Twarz blondynki z przyjemnie bladej i jasnej stawała się fioletowa. I to w zastraszająco szybkim tempie.


-Nie wpierdalałabym się w Twoje rodzinne sprawy, gdybym codziennie po parę godzin nie musiała wysłuchiwać Twoich zażaleń. „Jak kiedyś mojemu ojcu przypierdolę. On jest pojebany. Kumasz drze mordę cały czas i nie może przestać.” – Dziewczyna piskliwym głosem próbowała naśladować siedzącą przed nią blondynkę. Korzystając z nieuwagi dziewczyn Mefisto pościągał wszystkie szklanki ze stołu, a szufladę z nożami zakrył własnymi plecami.  Jego subtelne, bądź i nie, ruchy nie umknęły uwadze Bohemy na co zareagowała dusząc się śmiechem, co jeszcze bardziej rozjuszyło blondynkę. Blat zazwyczaj bardzo późno orientowała się w sytuacji, miała problemy z zauważaniem subtelnych zmian w jej otoczeniu. Chociaż, gdy była zdenerwowana umknąłby jej uwadze nawet wybuch bomby atomowej tuż pod blokiem. A w tej konkretnej sytuacji była nie licho wkurzona.


-Jesteś żałosna z tym całym swoim: Jestem niezależna, będę się buntować i udawać, że na niczym mi nie zależy. Szkoda mi ciebie. Albo nawet nie. Rzygać mi się chcę, ostatnio ciągle narzekasz  i bez przerwy przesiadujesz u mnie unikając rozmów z matką. I jeszcze wyżerasz mi wszystko z lodówki. Co ty kurwa, myślisz, że jedzenie samo się robi? Laska, na nie trzeba zarobić.


Trudno jest stwierdzić jednoznacznie jaką figurę chciał przybrać Mefisto podczas tejże, jakże uprzejmej wymiany zdań, ale przypominało to jakby jego wewnętrzną walkę. Coś pomiędzy wahaniem się czy ochraniać którąś z dziewczyn, a ulegnięciu instynktowi samozachowawczemu. Kwestia ta najwidoczniej została przez niego ostatecznie  mentalnie rozstrzygnięta, ponieważ przypominał zepsuty zegar, którego wskazówka najpierw posuwa się do przodu i cofa.


-U… Widzę, że pannie Blat skończyły się argumenty. Jaka szkoda, myślałam, że jeszcze poobrzucamy się wyrafinowanymi epitetami nim przejdziemy do łaciny podwórkowej. –Nie ma co ukrywać. Bohema uwielbiała drażnić ludzi. Ciągle próbowała wymacać, gdzie leżą granice wytrzymałości jej rozmówców. To badanie granic można było nazwać jej hobby, hobby które narażało ją niemalże na utratę życia, ale najwidoczniej frajda jaką jej sprawiało irytowanie blondynki była zbyt duża by martwić się tym, czy testament został już spisany. – Poza tym, co z Ciebie za kretynka. Ja tu nieomal komplementuje twój dom, zdobywając się na wypowiedzenie kilku słów uznania, a ty zaczynasz się rzucać. Ej, laska spasuj trochę, bo ci dupa pęknie.


-Lepiej pilnuj swojego zadka, bo zaraz tak Ci do niego nakopie, że wylądujesz na księżycu.


Może to poczucie rezygnacji, a może świadomość, że „Bab nigdy nie zrozumie” pchnęła Mefisto do tego bohaterskiego czynu, jakim było zdecydowane wyjście z pomieszczenia, w którym atmosferę z całą pewnością można by kroić nożem, jeśli nie piłą mechaniczną. W przedpokoju i zaczął przeszukiwać  kurtki dziewczyn.


-Ty nigdy nie przepuścisz okazji do kłótni, co Blaciku? -  Bohema nie siedziała już na podłodze. Stała z założonymi rękami opierając się od blat kuchenny i świdrując wzrokiem przeciwniczkę.  – Zawsze musisz się wyżywać na innych, bo jesteś za ogromnym tchórzem by powiedzieć swojemu ojcu, że ma wypierdalać. Tak, nie przesłyszałaś się: T-C-H-Ó-R-Z-E-M.


Uderzona zniewagą blondynka zaczęła się podnosić z podłogi z mocno zaciśniętymi pięściami, co z pewnością nie wróżyło Bohemie nic dobrego. Blat w owych czasach nie należała do bardzo wyrafinowanych, czy kobiecych osób. Jako nastolatka bliżej jej było do faceta niż seksbomby, Nieustanne Bujki, słownictwo i męski ubiór nie przysparzały jej grona wielbicieli.


-Mamy dwie dychy, idziemy do sklepu po piwo i fajki? – Mefisto, zupełnie nie przejmując się napięciem jakie wyzierało ze sceny, której byś światkiem, jak gdyby nigdy nic (chociaż coś się działo) stał oparty o framugę drzwi i trzymał Blat za ramię. Z której strony by nie patrzeć interwencja pozostaje interwencją.


 


***


To byłoby niezwykle romantyczne napisać, że zbliżała się północ, a za oknami mieszkania na pierwszym piętrze jaśniały gwiazdy, rzucając poblask na twarze trójki młodych ludzi. Na szczęście, życie to nie bajka i takie widoki się rzadko zdarzają. „Na szczęście”, bo w bajkach występują też smoki, a niech mi ktoś znajdzie w dzisiejszych czasach porządnego specjalistę od uśmiercania tak wielkich gadów. Wszyscy już dawno przerzucili się na deratyzację.


Wspomniana wyżej trójka młodych ludzi siedziała na balkonie i paliła papierosy. Prozaiczny dzień dochodził końca. Słońce, które przez cały dzień kryło się za chmurami tuż przed zachodem wyszło i tak szybko schowało się za blokami, że nikt nie poczuł nawet jego ciepła na twarzy. W takiej oto scenerii Mefisto stal oparty o drewnianą balustradę, a Bohema i Blat siedziały na podłodze. Pomiędzy dziewczynami nie wiadomo po co znajdowała się popielniczka, gdyż cały popiół i tak lądował na beżowych kafelkach, lub czarnych spodniach Blat. Ponad dźwiękami muzyki, która wydobywała się z telefonu Mefisto do uszu młodych doszedł odgłos dzwonka do drzwi. Zdziwiona Blat podniosła się szybko z miejsca i gestem pokazała pozostałej dwójce by schowała piwa i pogasiła fajki.


 


Pamiętam. Zawsze, gdy przesiadywaliśmy u Blat w powietrzu unosiło się całe mnóstwo dymu i śmiechu. To znaczy dym pojawiał się tylko, gdy siedzieliśmy w jej salonie. Dokładnie pamiętam te ciemne kanapy i szerokie fotele, na których mogłam zwinąć się w kłębek i udawać małą dziewczynkę. Wtedy, gdy mieliśmy po naście lat całe nasze życie kręciło się wokół jej mieszkania. Przychodziliśmy tam zaraz po szkole i wracaliśmy późnym wieczorem. Pamiętam ten czas jako absolut nie przejmowania się niczym. Nasza krótkowzroczność i absolutna ignorancja faktu, że kiedyś będzie trzeba dorosnąć. Droga na dno zawsze jest wesoła.


 

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii




| Lay&html by Ever |






R o z d z i a ł y



Rozdział I
Rozdział II



A r c h i w u m

2011
czerwiec (1)
sierpien (1)




O M N I E

M O J E

NIGHTS - tale of sleepless nights.
M A L B O R O



L i n k i

show me how you do that trick
hell is empty and all the devils are here
umiera się nie dlatego by przestać żyć...
mysterious lady - narcyssia
twórczość satheriel





| Lay&html by Ever |