Ci którzy mówią, że umiera się raz są paskudnymi kłamcami i nigdy nie żyli naprawdę. Bo prawdziwe życie polega na tym, że umiera się niezliczoną ilość razy. Pozwalamy sobie zginąć, ale tylko po to by znów się narodzić. Bo w rodzeniu się na nowa tkwi cały szkopuł możemy się doskonalić, możemy się zmieniać, możemy naprawić swoje błędy. Śmierć nie przynosi wyzwolenia. Śmierć przynosi strach, ponieważ okazuje się, że nie wszystkie nasze działania prowadzą do szczęścia. Rozpocząć nowe życie. To wytarty frazes. Jest przetarty w tylu miejscach jak te moje stare jeansy. Człowiek nie ma prawa od tak sobie zmienić swojego życia. Coś musi się wydarzyć. Ktoś musi się w naszym życiu pojawić. Albo inaczej mówiąc musimy zejść na dno by przekonać się, że jedyna droga prowadzi w górę.
Ileż stworzeń na tej planecie już umierało i rodziło się na nowo? Trudno zliczyć. Ale wiecie, jest sobie takie miasto. Wcale nie duże i niespecjalnie ładne. Jeśli chodzi o zabytki to posiada kilka odcinków zabytkowego bruku na wciąż użytkowanych drogach. No i może niektóre łodzie stacjonujące w porcie Unia Europejska uznała by już za zabytki kultury, ale właściciele rzeczonych łódek gdzieś mają zdanie specjalistów z Unii. Miasto, a może należałoby powiedzieć „miasteczko” położone jest nad wodą. W okolicy posiada kilka lasów i dość chętnie uczęszczane przez turystów z całego kraju cluby nocne. Raczej nie przyjeżdżali tam odpoczywać i nadawać swojej skórze brązowych odcienie. Owi turyście przyjeżdżali do owego miasta by się dobrze napić, wdać w jedną i dwie bójki i znaleźć długonogą, wielkobiustą przygodę na jedną noc. Fakt, że z roku na rok liczba turystów przyjeżdżających tam się nie zmniejszała świadczy o tym, że okolica nie skąpiła w cycatych kobietach i tanich alkoholach.
Ale wiecie co? W tym mieście żyli ludzie. Na przykład taka Bohema, która siedziała właśnie w jasno i przyjemnie urządzonej kuchni swojej najlepszej przyjaciółki. A ściślej mówiąc - jej rodziców. Zawsze pełna lodówka, przyjemne towarzystwo i inne pozytywy sprawiały, że Bohema z chęcią przebywała w domu blondynki, która siedziała przed nią niedbale opierając się na łokciu.
-Lubię tu być. – Bohema starała się uważnie dobierać słowa. Jakoby w obawie przed atakiem przymrużyła oczy. – Jest… dość przyjemnie.
-Dziwny masz sposób na okazywanie wdzięczność za ciepły posiłek, kawę i deser. I o ile się nie byle zostaniesz tu również na kolacji, co? – Bohema skwapliwie pokiwała głową w potwierdzeniu szczerząc przy tym swoje wszystkie zęby. Zęby z kolei dość ładne, no poza tymi dolnymi jedynkami. – Jesteś niemożliwa, wiesz? I jeszcze cedzisz te słowa jakby cię miały otruć.
-Oj, Blatku, Blatku. Nie cedzę ich, tylko się ich boję. Jeszcze się przywiążę do tego miejsca i co wtedy? Będziesz musiała zmywać kubki po mojej kawie codziennie.
-Jakbym już tego nie robiła. Nie żartuj sobie. Obie… -Szybkie spojrzenie skierowane na chłopaka, który siedział naprzeciwko blondynki świadczyło o tym, że znowu nie udało jej przekonać swoich myśli do bycia składnymi. - To znaczy wszyscy troje wiemy, że jak najmniej czasu chcesz spędzać w domu.
-Ta… I nie ma co się nad tym nadto rozwodzić. Jest jak jest i nic tego nie zmieni. – Bohema ucięła rozmowę i zajęła się wcześniej wspomnianym kubkiem z kawą, który swoim wyglądem przypominał małe dziecko błagające o atencje. A przynajmniej tak to sobie wyobrażała. Dziewczyna zdziwiła się, skąd u niej tyle czułości dla pseudo- glinianego naczynia. – A w ogóle to kiedy Twoi rodzice zamierzają wrócić?
Zwykłe pytanie zadane kontrolnie. Zła forma, może niewłaściwa intonacja. Skórcz na twarzy blondynki i świadomość błędu, która dopadła Bohemę jak kleszcz w lesie goły tyłek.
-Uuu… To pojechałaś. – Mefisto. Chłopak niespecjalnie wysoki, uroczy, ale chyba tylko poprzez swoje błękitne oczy, które kolorem przypominały niebo w środku lata. Odcień ten najprawdopodobniej nie był przypadkowy. Mefisto urodził się latem i to właśnie na tą porę roku ukochał sobie nad wszystkie inne. Wysiłki jesienne, zimowe i wiosenne skupiały się na tym by dotrwać i przygotować się do sezonu letniego. – Teraz Ci pociśnie. – To dodał już odrobinę ciszej tak by dwie kobiety mierzące się wzrokiem go nie dosłyszały.
-Ty nie uważasz, że przeginasz? Naciągasz granice! Ja o Twojej puszczalskiej matce nie wypowiadam się przy każdej okazji!
-Co ty się wkurwiasz?! To nie twoja, a tym bardziej nie moja, że twój ojciec wypierdolił do Anglii i się tam obija. „Ależ mi przykro drogie dzieci, że mam was cały rok w dupie. B. łap skarpetki, wszystkiego najlepszego z okazji gwiazdki.” – Brunetka bawiła się wisiorkiem na szyi nerwowo przesuwając go z jednego końca łańcuszka na drugi. Wzrok miała skupiony na Blacie i wyczekiwała na jej reakcje.
-To nie twój zasrany interes, to co się dzieje w moim domu. Nie wpierdalaj się w nie swoje sprawy. – Twarz blondynki z przyjemnie bladej i jasnej stawała się fioletowa. I to w zastraszająco szybkim tempie.
-Nie wpierdalałabym się w Twoje rodzinne sprawy, gdybym codziennie po parę godzin nie musiała wysłuchiwać Twoich zażaleń. „Jak kiedyś mojemu ojcu przypierdolę. On jest pojebany. Kumasz drze mordę cały czas i nie może przestać.” – Dziewczyna piskliwym głosem próbowała naśladować siedzącą przed nią blondynkę. Korzystając z nieuwagi dziewczyn Mefisto pościągał wszystkie szklanki ze stołu, a szufladę z nożami zakrył własnymi plecami. Jego subtelne, bądź i nie, ruchy nie umknęły uwadze Bohemy na co zareagowała dusząc się śmiechem, co jeszcze bardziej rozjuszyło blondynkę. Blat zazwyczaj bardzo późno orientowała się w sytuacji, miała problemy z zauważaniem subtelnych zmian w jej otoczeniu. Chociaż, gdy była zdenerwowana umknąłby jej uwadze nawet wybuch bomby atomowej tuż pod blokiem. A w tej konkretnej sytuacji była nie licho wkurzona.
-Jesteś żałosna z tym całym swoim: Jestem niezależna, będę się buntować i udawać, że na niczym mi nie zależy. Szkoda mi ciebie. Albo nawet nie. Rzygać mi się chcę, ostatnio ciągle narzekasz i bez przerwy przesiadujesz u mnie unikając rozmów z matką. I jeszcze wyżerasz mi wszystko z lodówki. Co ty kurwa, myślisz, że jedzenie samo się robi? Laska, na nie trzeba zarobić.
Trudno jest stwierdzić jednoznacznie jaką figurę chciał przybrać Mefisto podczas tejże, jakże uprzejmej wymiany zdań, ale przypominało to jakby jego wewnętrzną walkę. Coś pomiędzy wahaniem się czy ochraniać którąś z dziewczyn, a ulegnięciu instynktowi samozachowawczemu. Kwestia ta najwidoczniej została przez niego ostatecznie mentalnie rozstrzygnięta, ponieważ przypominał zepsuty zegar, którego wskazówka najpierw posuwa się do przodu i cofa.
-U… Widzę, że pannie Blat skończyły się argumenty. Jaka szkoda, myślałam, że jeszcze poobrzucamy się wyrafinowanymi epitetami nim przejdziemy do łaciny podwórkowej. –Nie ma co ukrywać. Bohema uwielbiała drażnić ludzi. Ciągle próbowała wymacać, gdzie leżą granice wytrzymałości jej rozmówców. To badanie granic można było nazwać jej hobby, hobby które narażało ją niemalże na utratę życia, ale najwidoczniej frajda jaką jej sprawiało irytowanie blondynki była zbyt duża by martwić się tym, czy testament został już spisany. – Poza tym, co z Ciebie za kretynka. Ja tu nieomal komplementuje twój dom, zdobywając się na wypowiedzenie kilku słów uznania, a ty zaczynasz się rzucać. Ej, laska spasuj trochę, bo ci dupa pęknie.
-Lepiej pilnuj swojego zadka, bo zaraz tak Ci do niego nakopie, że wylądujesz na księżycu.
Może to poczucie rezygnacji, a może świadomość, że „Bab nigdy nie zrozumie” pchnęła Mefisto do tego bohaterskiego czynu, jakim było zdecydowane wyjście z pomieszczenia, w którym atmosferę z całą pewnością można by kroić nożem, jeśli nie piłą mechaniczną. W przedpokoju i zaczął przeszukiwać kurtki dziewczyn.
-Ty nigdy nie przepuścisz okazji do kłótni, co Blaciku? - Bohema nie siedziała już na podłodze. Stała z założonymi rękami opierając się od blat kuchenny i świdrując wzrokiem przeciwniczkę. – Zawsze musisz się wyżywać na innych, bo jesteś za ogromnym tchórzem by powiedzieć swojemu ojcu, że ma wypierdalać. Tak, nie przesłyszałaś się: T-C-H-Ó-R-Z-E-M.
Uderzona zniewagą blondynka zaczęła się podnosić z podłogi z mocno zaciśniętymi pięściami, co z pewnością nie wróżyło Bohemie nic dobrego. Blat w owych czasach nie należała do bardzo wyrafinowanych, czy kobiecych osób. Jako nastolatka bliżej jej było do faceta niż seksbomby, Nieustanne Bujki, słownictwo i męski ubiór nie przysparzały jej grona wielbicieli.
-Mamy dwie dychy, idziemy do sklepu po piwo i fajki? – Mefisto, zupełnie nie przejmując się napięciem jakie wyzierało ze sceny, której byś światkiem, jak gdyby nigdy nic (chociaż coś się działo) stał oparty o framugę drzwi i trzymał Blat za ramię. Z której strony by nie patrzeć interwencja pozostaje interwencją.
***
To byłoby niezwykle romantyczne napisać, że zbliżała się północ, a za oknami mieszkania na pierwszym piętrze jaśniały gwiazdy, rzucając poblask na twarze trójki młodych ludzi. Na szczęście, życie to nie bajka i takie widoki się rzadko zdarzają. „Na szczęście”, bo w bajkach występują też smoki, a niech mi ktoś znajdzie w dzisiejszych czasach porządnego specjalistę od uśmiercania tak wielkich gadów. Wszyscy już dawno przerzucili się na deratyzację.
Wspomniana wyżej trójka młodych ludzi siedziała na balkonie i paliła papierosy. Prozaiczny dzień dochodził końca. Słońce, które przez cały dzień kryło się za chmurami tuż przed zachodem wyszło i tak szybko schowało się za blokami, że nikt nie poczuł nawet jego ciepła na twarzy. W takiej oto scenerii Mefisto stal oparty o drewnianą balustradę, a Bohema i Blat siedziały na podłodze. Pomiędzy dziewczynami nie wiadomo po co znajdowała się popielniczka, gdyż cały popiół i tak lądował na beżowych kafelkach, lub czarnych spodniach Blat. Ponad dźwiękami muzyki, która wydobywała się z telefonu Mefisto do uszu młodych doszedł odgłos dzwonka do drzwi. Zdziwiona Blat podniosła się szybko z miejsca i gestem pokazała pozostałej dwójce by schowała piwa i pogasiła fajki.
Pamiętam. Zawsze, gdy przesiadywaliśmy u Blat w powietrzu unosiło się całe mnóstwo dymu i śmiechu. To znaczy dym pojawiał się tylko, gdy siedzieliśmy w jej salonie. Dokładnie pamiętam te ciemne kanapy i szerokie fotele, na których mogłam zwinąć się w kłębek i udawać małą dziewczynkę. Wtedy, gdy mieliśmy po naście lat całe nasze życie kręciło się wokół jej mieszkania. Przychodziliśmy tam zaraz po szkole i wracaliśmy późnym wieczorem. Pamiętam ten czas jako absolut nie przejmowania się niczym. Nasza krótkowzroczność i absolutna ignorancja faktu, że kiedyś będzie trzeba dorosnąć. Droga na dno zawsze jest wesoła.